O autorze
Zuza Marecka wyjechała z Polski cztery i pół roku temu. Najpierw mieszkała w Hiszpanii, a od trzech lat w Catalan Bay Village na Gibraltarze.
Gdy urodziła córkę, postanowiła zmienić swoje życie i wyruszyć w świat. Czasem mniej, częściej bardziej, bawi ją i cieszy ta przygoda. Pomyślała sobie kiedyś, że gdy połączy te wszystkie historie, to może da się to czytać - i spróbowała. Bloguje od trzech lat, m.in. TyTy i Mama (www.tytyimama.pl), Lubię Gibraltar (www.lubiegibraltar.pl). Każdego dnia notatkami zapełnia kolejne zeszyty i karteczki. Kiedyś pomysłami postów, ostatnio - wierszami, tekstami piosenek, rysunkami. Przymierza się do napisania książki. Uczy się pisać scenariusze.
Co z tego wyniknie i gdzie ją to zaprowadzi? Odpowiada - Nie wiadomo, ale to bardzo dobrze. Mieszkam w pięknym miejscu. Mam głowę pełną marzeń i wiary w ich spełnienie. Zmieniłam co się dało. Sens jakby znalazłam. Teraz czas na łut szczęścia :)
https://instagram.com/lubiegibraltar/

Pierwsza święconka

TyTy w trakcie pierwszej święconki
Najpierw TyTy bardzo chciała iść, bo miał być zajączek (to wszystko co zapamiętała z opowieści o tradycji wielkanocnej). Potem nie chciała, bo „tam papy nana” (tam panie śpiewają) – kilka dni wcześniej przestraszyła się pieśni wielkopostnych śpiewanych w pobliskim kościele, a później figury Matki Boskiej Bolesnej, ze smutną twarzą, w długim czarnym płaszczu i sztyletem wbitym w serce, którą okoliczni mieszkańcy nosili po promenadzie w Wielki Piątek.

W końcu jednak dała się przekonać – zajączkiem.



TyTy jeszcze nigdy nie była u święconki. Tak jakoś wyszło, że ja też nie. Nigdy się nie składało, ale dzięki temu mogłyśmy ten pierwszy raz przeżyć wspólnie.

Niestety, jak to w święta, miałam szaleństwo w oczach, ale za to dom posprzątany i prawie wszystko ugotowane. Tylko ze święconki gotowy był jedynie koszyczek.

Tuż przed wyjściem, wpadłam w rozpacz, że to pierwsza święconka dziecka, a ja nie mam:
– kraszanek
– baranka z masła z chorągiewką
– zajączka z czekolady
– kawałków ciast pieczonych w domu
– liści bukszpanu.

Czas naglił, więc w końcu zapakowałam chleb, kiełbasę z Lidla (która w tej okolicy symbolizuje kiełbasiany wypas), dwie babeczki, na jajkach szybko domalowałam serca pisakiem, a o soli zapomniałam. Co do reszty, uznałam, że brakujące elementy najwyżej domaluję na kartce (i zabrałam ze sobą pisaki).

Do kościoła wbiegłyśmy w ostatniej chwili. Na szczęście ksiądz też się spóźnił, więc wszyscy mieli czas, żeby poznać nowe osoby i miło pogawędzić. Samo święcenie też było inne niż zwykle, bo ksiądz zapomniał pokropić jedzenia w koszyczkach i tylko je pobłogosławił, ale za to – każdemu dziecku dał po czekoladowym jajku (dziewczynki dostały z Barbie, tak :)).

Gdy czekałyśmy na autobus powrotny, to wszystko niechcący i tak wypadło nam z koszyczka, ale nawiązując do mojego wielkanocnego motta – los daje nam szansę wiele razy, w przyszłym roku będzie lepiej. Poza tym, z każdym rokiem TyTy będzie zwracać uwagę na inne rzeczy. W tym roku fajne było niesienie koszyczka, wspinanie na ławki i gonienie kolegi przed kościołem. W następnym pewnie sama machnie koszyk pierwszych pisanek, za parę lat ozdobi cały dom, a później może zrozumie i polubi duchową sferę tych kilku ważnych dni.

Czego jej z całego serca życzę.

http://tytyimama.pl/pierwsza-swieconka/
Trwa ładowanie komentarzy...